Im mniej Państwa w gospodarce, tym lepiej. Ta maksyma sprawdza się szczególnie w Polsce. Przedsiębiorcy od lat proszą wyłącznie o tym, by Państwo nie przeszkadzało im w realizowaniu  działalności. Niestety z mizernym skutkiem. Relacja między Państwem, a przedsiębiorcami od lat wygląda jak w starym radzieckim kawale:

„Państwo ogłosiło, że chce dobra obywateli. Obywatele natychmiast zaczęli owe dobra chować”.

Dlatego też trudno się dziwić negatywnej reakcji na najnowszy pomysł Prawa i Sprawiedliwości, zaproponowany przez ministra Kowalczyka. Pomysł zgodnie z którym od 2018 roku wprowadzony zostanie jednolity podatek. Od 2018 roku większość Polaków miałaby płacić jeden podatek, niższy niż pobierane obecnie daniny publiczne. Tyle w teorii.

Brzmi pięknie. Ale jak to w życiu, gdy coś brzmi zbyt pięknie, by mogło być prawdziwe, to coś tu ewidentnie nie gra. Jak się okazuje, lepiej zarabiający i bardziej przedsiębiorczy rodacy muszą przygotować się na mocny drenaż kieszeni. Wszystko w imieniu sprawiedliwości społecznej, która ma być realizowana za pomocą podatków progresywnych. Funkcjonująca obecnie skala podatkowa, zawierająca dwie stawki podatków dochodowych od osób fizycznych: 18 % i 32% funkcjonuje de facto jak podatek liniowy. Zdecydowana większość społeczeństwa płaci 18 % podatek PIT.  Pomijając rozważania o zaletach i wadach systemu progresywnego, należy skupić się na szczegółach, które proponuje nam w swoim projekcie partia rządząca.

Rząd Beaty Szydło przekonuje, że znalazł sposób na uzdrowienie systemu podatkowo-emerytalnego w postaci „superpodatku” – łączącego PIT oraz wszystkie składki na ZUS, NFZ czy Fundusz Pracy. Co więcej, dla Polaków o niskich i przeciętnych dochodach, kwota „zintegrowanego” podatku miałaby być istotnie niższa niż dzisiejsze obciążenia.

Niestety rozwiązanie to uderzy szczególnie w przedsiębiorców, prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. W grupie tej znajdują się przedstawiciele wolnych zawodów (prawnicy, lekarze, architekci), czy osoby pracujące kreatywnie (programiści, graficy komputerowi). Lista grup zawodowych, które stracą na powyższych rozwiązaniach jest jednak znacznie dłuższa.

Stanie się tak za sprawą likwidacji podatku liniowego dla przedsiębiorców i ich przejścia na „superpodatek” progresywny. Jarosław Kaczyński i jego współpracownicy uroili sobie, że mikroprzedsiębiorcy to jakaś mitycznie majętna grupa, którą należy bezwzględnie złupić, by znaleźć pieniądze na fanaberie socjalne rządu, takie jak chociażby program rodzina500plus.

Według wstępnych szacunków przedstawionych przez ekonomistów, przedsiębiorca, który wystawia fakturę VAT na kwotę ponad 6000 zł netto będzie poszkodowany najnowszym pomysłem dobrej zmiany.

Żeby uzmysłowić politykom PiS jak bogata jest osoba, która wystawia miesięczna fakturę na powyższą kwotę, proponujemy prostą matematyczną łamigłówkę:

Od kwoty 6000 zł netto należy odliczyć składkę na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne w wysokości 1121, 52 zł.

Daje nam to 4878,48 zł od czego należy zapłacić 19% podatek liniowy, wynoszący w tym przypadku 926 zł.

Końcowo przedsiębiorca, wystawiający fakturę na 6000 zł netto, dysponuje więc w przybliżeniu kwotą 3952 zł, i to przy założeniu, że nie ponosi żadnych innych kosztów działalności. Założenie takie jest założeniem równie realistycznym, co lądowanie załogi statku kosmicznego Korei Północnej na powierzchni słońca.

Pomijamy przy tym fakt, że składka na ZUS jest  tzw. podatkiem pogłównym. Obowiązek jego uiszczenia wynika z samego faktu prowadzenia działalności, a nie z faktu osiągania przychodów. Jeżeli w danym miesiącu nie osiągniemy żadnych przychodów, to składkę na ZUS i tak przyjdzie nam zapłacić.

Kolejnym absurdem jest składka zdrowotna, a dokładniej konieczność jej uiszczania bez względu na ilość tytułów z których wynika. W uproszczeniu działa to tak: masz pięć umów, płacisz pięć składek zdrowotnych. Brak jest górnego limitu. Znam przedsiębiorców, którzy płacą po 1000 zł miesięcznej składki zdrowotnej, a i tak do lekarza muszą chodzić prywatnie.

Powyższe rozważania pomijają całkowicie klimat gospodarczy, w jakim przychodzi nam prowadzić działalność. O sprzeczności przepisów, braku logiki i nadmiernej ilości ustaw gospodarczych, czy podatkowych można by spokojnie napisać pracę nie krótszą niż trylogia Tolkiena. Powszechne są sytuacje, w których trzy różne Urzędy Skarbowe interpretują ten sam przepis w zgoła odmienny sposób.

Dlatego też apeluję, by władza opamiętała się i nie zabijała resztek przedsiębiorczości w narodzie. Warto zająć się powyższymi absurdami, uprościć przepisy lub popracować nad lepszym klimatem dla rozwoju.

Chyba, że celem jest zmuszenie kolejnych 2 milionów Polaków do wyjazdu za granicę. A może dokładnie o to chodzi?