Blog

29 Sty
0

Wrocławski Budżet Obywatelski 2017 na start – co to w ogóle jest budżet partycypacyjny?

Wkrótce rusza 5. już edycja Wrocławskiego Budżetu Obywatelskiego. W puli środków do wydania na 2017 rok jest 25 milionów złotych. W ramach tegorocznej edycji projekty można zgłaszać do 17 lutego. Następnie ma miejsce proces ich weryfikacji i nanoszenie poprawek. Miasto zostało podzielone na 14 okręgów, w ramach których odbywa się głosowanie. Najbardziej popularne pomysły doczekają się realizacji w przyszłym roku.

WBO staje się coraz bardziej popularny. Warto się zastanowić, czym na czym tak naprawdę polega idea partycypowania obywateli w wydawaniu środków z kasy miasta?

Budżet obywatelski, nazywany również partycypacyjnym, to proces, w którym mieszkańcy danego miasta lub gminy decydują lub współdecydują o tym, na co będą wydane środki z kasy danej jednostki samorządu terytorialnego. Z reguły budżet partycypacyjny przewiduje pewną pulę środków, o której przeznaczeniu decydują mieszkańcy. Decyzje w powyższym zakresie mogą być podejmowane bezpośrednio przez mieszkańców, bądź za pośrednictwem urzędników lub organizacji społecznych.

Najważniejszym elementem budżetu obywatelskiego są regularne spotkania mieszkańców z przedstawicielami władz, podczas których rozmawia się o przeznaczeniu wspólnych pieniędzy. W ramach takich spotkań poruszane są kwestie, związane z potrzebami inwestycyjnymi, sprawami formalnymi, istnieje także możliwość naniesienia poprawek na dokumenty aplikacyjne lub zasięgnięcie szeroko pojętej pomocy ze strony profesjonalnych urzędników.

Aby proces tworzenia budżetu miasta można było uznać za partycypacyjny, musi spełniać następujące warunki:

  1. Budżet obywatelski zawierać musi element dyskusji nad sprawami finansowymi i budżetowymi miasta, podczas której uczestnicy decydują o tym, jak wykorzystać ograniczone środki budżetowe,
  2. Budżet obywatelski powinien być organizowany co najmniej na poziomie dzielnicy, jednak najlepiej aby dotyczył obszaru całego miasta,
  3. Budżetu obywatelski powinien być ciągłym procesem – pojedyncze zebrania lub referenda nad sprawami finansów miasta nie mogą być traktowanie jako budżet parcycypacyjny,
  4. Budżet ten powinien być realizowany w oparciu o wiele mechanizmów partycypacyjnych. Nie wystarczy, aby rada gminy lub komisja budżetowa była otwarta na publiczną debatę, konieczne jest stworzenie dodatkowych mechanizmów włączania mieszkańców do dyskusji nad sprawami finansowymi.
  5. Powinien posiadać mechanizm ewaluacji i oceny rezultatów procesu partycypacji.

Prowadzone przez naukowców badania, a także praktyka miast korzystających z tej formy mechanizmów partycypacyjnych wskazują, że skutkuje on wyższą jakością życia, większym zadowoleniem z usług publicznych, większą przejrzystością i wiarygodnością władz publicznych, większym udziałem obywateli w życiu publicznym, a także wzrostem świadomości społecznej.

W Polsce budżet obywatelski po raz pierwszy wprowadzono w 2011 w Sopocie.  Obecnie mechanizm ten funkcjonuje z powodzeniem w wielu miastach, zazwyczaj na poziomie budżetu gminy. Wyjątkiem jest Warszawa, w której budżet partycypacyjny działa również na poziomie dzielnic.

Z pewnością warto brać sprawy w swoje ręce i zaangażować się w WBO 2017. Można to zrobić poprzez zgłoszenie własnego projektu, kontakt z liderami, czy też wsparcie pomysłów na etapie głosowania.

Budżet obywatelski spełnia bardzo ważną funkcję decentralizacyjną. Osoby, zaangażowanie w życie swoich lokalnych społeczności, działające przeważnie na osiedlach, mają znacznie lepsze rozeznanie co do lokalnych problemów i potrzeb niż miejscy urzędnicy, którzy patrzą na wiele spraw w skali makro.

Dlatego też angażując się w partycypację społeczną, jesteśmy w stanie najbardziej skutecznie przeciwdziałać tym niedogodnościom i podjąć próbę rozwiązania tych bolączek.

Dlatego namawiamy wszystkich chętnych do wzięcia udziału we Wrocławskim Budżecie Obywatelskim 2017. Naprawdę warto!

fot. karlowice-rozanka.com.pl

02 Gru
0

Kampania samorządowa 2018 na start

Kampanię wyborczą do samorządu 2018 we Wrocławiu można oficjalnie uznać za otwartą. Stało się tak po ubiegłotygodniowym oświadczeniu prezydenta Rafała Dutkiewicza, że nie będzie ubiegał się o reelekcję.

W zeszły czwartek, podczas sesji Rady Miasta Rafał Dutkiewicz ogłosił, że nie będzie ponownie startował na Prezydenta Wrocławia. Trzeba przyznać, że Prezydent Dutkiewicz wykazał się sprytem, wykonał manewr polityczny polegający na zejściu z linii strzału. Teraz krytyka ucichnie, bo przecież prezydent ustępuje. Jednocześnie skutecznie odwrócił uwagę od 1. czytania projektu budżetu miasta, który tego dnia miał być procedowany.

Tym manewrem prezydent wywołał euforię u swoich przeciwników i uśpił ich czujność. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by przy przychylnych wiatrach, na pół roku przed wyborami zdecydować się na kandydowanie pod hasłem: „Ratujmy Wrocław przed PiS, Jak nie Ty Rafale, to kto?”

W międzyczasie kampanijne cholewki zaczęły smalić środowiska partyjne, które już widzą się w roli gospodarzy wrocławskiego ratusza po 2018 roku. Według doniesień prasowych do przejęcia władzy w mieście szykuje się Prawo i Sprawiedliwość. Tajemnicą poliszynela jest, że chrapkę na prezydenturę ma posłanka PiS Mirosława Stachowiak-Różecka, która w poprzednich wyborach uległa urzędującemu Prezydentowi dopiero w drugiej turze. Środowisko PiS wychodzi zapewne z założenia, że skoro ostaniem razem niewiele zabrakło, to teraz musi się udać. Biorąc jednak pod uwagę poczynania partii rządzącej na arenie ogólnopolskiej, jej ostry konfrontacyjny kurs oraz fakt, że Wrocław historycznie popierał kandydatów umiarkowanych lub liberalnych, nie jest powiedziane, że kandydatka Prawa i Sprawiedliwości jest skazana na sukces.

Z kolei z obozu Platformy Obywatelskiej  dochodzą słuchy, że partia miałaby postawić na senator Barbarę Zdrojewską, żonę byłego prezydenta Wrocławia Bogdana Zdrojewskiego lub na liderkę list do sejmu z okręgu wrocławskiego prof. Alicję Chybicką. Warto mieć na uwadze, że przed PO wybory lokalnych struktur. Niewykluczone, że kandydaci mogą ulec zmianie. Obecne sondaże dają Barbarze Zdrojewskiej realne szanse na wygraną, ewentualnie duże prawdopodobieństwo wejścia do drugiej tury. Jednocześnie nie wiadomo, czy Zdrojewska będzie zainteresowana kandydowaniem. Nie wiadomo też jakie będą losy Platformy na arenie ogólnopolskiej.

Z kolei Nowoczesna, która tkwi w dziwnym sojuszu z prezydentem Dutkiewiczem wydaje się być w rozkroku. Poseł Michał Jaros, letni transfer z PO nie ukrywa, że chciałby kandydować i widzi się w ratuszu jako następca Dutkiewicza.  Jednakże logiczne wydaje się, że to Rafał Dutkiewicz będzie miał decydujące zdanie w kwestii zaproponowania wyborcom swojego następcy. Widząc jakie problemy mają obie strony z wyborem wiceprezydenta, można mieć realne wątpliwości, czy porozumieją się w kwestii wspólnego kandydata. Jest to szczególnie istotne  w sytuacji, w której Rafał Dutkiewicz buduje alternatywną wobec Nowoczesnej formację na szczeblu samorządowym, o wdzięcznej nazwie Dolnośląski Ruch Samorządowy.

Na 2 lata przed wyborami trudno jest ocenić potencjał ruchów miejskich oraz list bezpartyjnych, choć przy odpowiednim zbiegu okoliczności wydaje się on być znaczny. W lokalnej polityce rośnie premia za bezpartyjność, czasami do tego stopnia, że startowanie pod szyldem partyjnym wiąże się z tzw. „negatywnym handicapem”. Jednocześnie najwięcej głosów w dalszym ciągu przynoszą rozpoznawalne nazwiska i znane szyldy.

Z powyższego obrazu wynika, że czeka nas gorąca kampania wyborcza. Zapewnieniom i obietnicom nie będzie końca.  Dobrze by było, gdyby w naszej lokalnej polityce zaszła realna zmiana jakościowa, a nie tylko przetasowanie partii, na zasadzie my teraz rządzimy, to wy do opozycji, a potem zmiana.

Oby tylko Wrocław na tym skorzystał…

17 Paź
0

Superpodatek, czyli kolejna „dobra zmiana”

Im mniej Państwa w gospodarce, tym lepiej. Ta maksyma sprawdza się szczególnie w Polsce. Przedsiębiorcy od lat proszą wyłącznie o tym, by Państwo nie przeszkadzało im w realizowaniu  działalności. Niestety z mizernym skutkiem. Relacja między Państwem, a przedsiębiorcami od lat wygląda jak w starym radzieckim kawale:

„Państwo ogłosiło, że chce dobra obywateli. Obywatele natychmiast zaczęli owe dobra chować”.

Dlatego też trudno się dziwić negatywnej reakcji na najnowszy pomysł Prawa i Sprawiedliwości, zaproponowany przez ministra Kowalczyka. Pomysł zgodnie z którym od 2018 roku wprowadzony zostanie jednolity podatek. Od 2018 roku większość Polaków miałaby płacić jeden podatek, niższy niż pobierane obecnie daniny publiczne. Tyle w teorii.

Brzmi pięknie. Ale jak to w życiu, gdy coś brzmi zbyt pięknie, by mogło być prawdziwe, to coś tu ewidentnie nie gra. Jak się okazuje, lepiej zarabiający i bardziej przedsiębiorczy rodacy muszą przygotować się na mocny drenaż kieszeni. Wszystko w imieniu sprawiedliwości społecznej, która ma być realizowana za pomocą podatków progresywnych. Funkcjonująca obecnie skala podatkowa, zawierająca dwie stawki podatków dochodowych od osób fizycznych: 18 % i 32% funkcjonuje de facto jak podatek liniowy. Zdecydowana większość społeczeństwa płaci 18 % podatek PIT.  Pomijając rozważania o zaletach i wadach systemu progresywnego, należy skupić się na szczegółach, które proponuje nam w swoim projekcie partia rządząca.

Rząd Beaty Szydło przekonuje, że znalazł sposób na uzdrowienie systemu podatkowo-emerytalnego w postaci „superpodatku” – łączącego PIT oraz wszystkie składki na ZUS, NFZ czy Fundusz Pracy. Co więcej, dla Polaków o niskich i przeciętnych dochodach, kwota „zintegrowanego” podatku miałaby być istotnie niższa niż dzisiejsze obciążenia.

Niestety rozwiązanie to uderzy szczególnie w przedsiębiorców, prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. W grupie tej znajdują się przedstawiciele wolnych zawodów (prawnicy, lekarze, architekci), czy osoby pracujące kreatywnie (programiści, graficy komputerowi). Lista grup zawodowych, które stracą na powyższych rozwiązaniach jest jednak znacznie dłuższa.

Stanie się tak za sprawą likwidacji podatku liniowego dla przedsiębiorców i ich przejścia na „superpodatek” progresywny. Jarosław Kaczyński i jego współpracownicy uroili sobie, że mikroprzedsiębiorcy to jakaś mitycznie majętna grupa, którą należy bezwzględnie złupić, by znaleźć pieniądze na fanaberie socjalne rządu, takie jak chociażby program rodzina500plus.

Według wstępnych szacunków przedstawionych przez ekonomistów, przedsiębiorca, który wystawia fakturę VAT na kwotę ponad 6000 zł netto będzie poszkodowany najnowszym pomysłem dobrej zmiany.

Żeby uzmysłowić politykom PiS jak bogata jest osoba, która wystawia miesięczna fakturę na powyższą kwotę, proponujemy prostą matematyczną łamigłówkę:

Od kwoty 6000 zł netto należy odliczyć składkę na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne w wysokości 1121, 52 zł.

Daje nam to 4878,48 zł od czego należy zapłacić 19% podatek liniowy, wynoszący w tym przypadku 926 zł.

Końcowo przedsiębiorca, wystawiający fakturę na 6000 zł netto, dysponuje więc w przybliżeniu kwotą 3952 zł, i to przy założeniu, że nie ponosi żadnych innych kosztów działalności. Założenie takie jest założeniem równie realistycznym, co lądowanie załogi statku kosmicznego Korei Północnej na powierzchni słońca.

Pomijamy przy tym fakt, że składka na ZUS jest  tzw. podatkiem pogłównym. Obowiązek jego uiszczenia wynika z samego faktu prowadzenia działalności, a nie z faktu osiągania przychodów. Jeżeli w danym miesiącu nie osiągniemy żadnych przychodów, to składkę na ZUS i tak przyjdzie nam zapłacić.

Kolejnym absurdem jest składka zdrowotna, a dokładniej konieczność jej uiszczania bez względu na ilość tytułów z których wynika. W uproszczeniu działa to tak: masz pięć umów, płacisz pięć składek zdrowotnych. Brak jest górnego limitu. Znam przedsiębiorców, którzy płacą po 1000 zł miesięcznej składki zdrowotnej, a i tak do lekarza muszą chodzić prywatnie.

Powyższe rozważania pomijają całkowicie klimat gospodarczy, w jakim przychodzi nam prowadzić działalność. O sprzeczności przepisów, braku logiki i nadmiernej ilości ustaw gospodarczych, czy podatkowych można by spokojnie napisać pracę nie krótszą niż trylogia Tolkiena. Powszechne są sytuacje, w których trzy różne Urzędy Skarbowe interpretują ten sam przepis w zgoła odmienny sposób.

Dlatego też apeluję, by władza opamiętała się i nie zabijała resztek przedsiębiorczości w narodzie. Warto zająć się powyższymi absurdami, uprościć przepisy lub popracować nad lepszym klimatem dla rozwoju.

Chyba, że celem jest zmuszenie kolejnych 2 milionów Polaków do wyjazdu za granicę. A może dokładnie o to chodzi?

13 Paź
0

Politycy! – Łapy precz od piłkarskiego Śląska

To, że we wrocławskim Śląsku dzieje się źle wiadomo od dawna. Jaskółki donoszą, że prezydent Rafał Dutkiewicz traci cierpliwość w stosunku do prezesa klubu, Pawła Żelema i jest gotów „rzucić go na żer”.

Jak naprawdę jest za kulisami nie wie nikt. Jedno jest pewne, wyniki drużyny nie napawają optymizmem, zaś na mecze przychodzi coraz mniej kibiców. Jeszcze trzy lata temu, na nowy stadion przychodziło średnio 14 tysięcy widzów, zaś w sezonie 2015/2016 średnia spadła do poziomu 8 740 osób. W obecnym sezonie jest minimalnie lepiej, na mecz średnio przychodzi 9 875 kibiców. Niestety, wraz ze zmianą pogody oraz pogorszeniem się wyników drużyny powróciła tendencja spadkowa. Od zakończenia sezonu urlopowego, na mecze Śląska przychodzi w przybliżeniu 8 000 osób. Powyższe wyniki prezentują się szczególnie mizernie, jeżeli weźmiemy pod uwagę łączną pojemność piłkarskiego stadionu na Maślicach (42 000 miejsc).

W kuluarach mówi się o potencjalnym powrocie do klubu Tadeusza Pawłowskiego, który był szkoleniowcem Śląska w sezonach 2014/2015 i 2015/2016 (runda jesienna). Tym razem w roli dyrektora akademii piłkarskiej, która miałaby szkolić młodzież.

Postawienie na budowę akademii piłkarskiej i na szkolenie młodzieży to na pewno krok w dobrym kierunku. Niestety, jest to również krok spóźniony. Krok, który może przynieść pozytywne długofalowe efekty,  lecz nie rozwiąże najbardziej palących problemów, z którymi boryka się wrocławski klub.

Kiedy w 2007 roku miasto przejmowało Śląsk, było to robione z myślą o znalezieniu inwestora strategicznego. Nieudane mariaże ze Zbigniewem Drzymałą, Zygmuntem Solorzem, a następnie fiasko Wrocławskiego Konsorcjom Sportowego nie przyniosły rozwiązania problemu. Władze Wrocławia przespały okres ostatnich kilku lat, w którym klub osiągał dobre wyniki sportowe, zaś nowy stadion piłkarski dodawał świeżości całemu projektowi. Przespano okres, w którym drużynę można było przekazać w prywatne ręce. Niejasna sytuacja finansowa klubu i kiepskie wyniki bardzo utrudniają znalezienie prywatnego inwestora.

To piwo zostało nawarzone przez prezydenta Rafała Dutkiewicza i Pan Prezydent powinien je wypić.  Zwolnienie prezesa klubu piłkarskiego jest wyłącznie próbą znalezienia kozła ofiarnego i odwrócenia uwagi od realnego problemu,  jakim jest brak pomysłu na długofalową strategię  funkcjonowania klubu. Nie wystarczy rokrocznie dosypywać ogromnych kwot pieniędzy do funkcjonowania klubu. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Śląsk przypomina obecnie studnię bez dna. Jest w stanie pochłonąć każdą ilość wrzuconych weń pieniędzy.

Całe zamieszanie dobitnie pokazuje, że politycy nie powinni zajmować się zarządzaniem tak skomplikowanym projektem, jakim jest prowadzenie profesjonalnego klubu piłkarskiego. Łapy precz od piłkarskiego Śląska!

fot. www.przegladsportowy.pl

10 Paź
0

Dobra zmiana trafiła jak kulą w płot

To, że sprawy światopoglądowe dzielą Polaków wiemy od dawna. Próba zaostrzenia przepisów aborcyjnych spotkała się ze stanowczym oporem społecznym, przez Polskę przetoczyła się fala czarnych protestów, zaś sam projekt zaostrzający przepisy przepadł ostatecznie w komisji.

Jak się okazuje ludzie chcą protestować przeciwko działaniom, które ich realnie dotykają. Za Trybunał nikt umierał nie będzie. Dzieje się tak dlatego, że potencjalne zagrożenie praworządności w naszym kraju to zagrożenie abstrakcyjne, zagrożenie, które nie dotyka przeciętnego Kowalskiego na co dzień. Z kolei zaostrzenie przepisów aborcyjnych, w tym zapisanie kary więzienia w projekcie obywatelskim, to coś namacalnego, coś co mogłoby dotknąć każdego z nas w codziennym życiu.

O zrywie społecznym sprzeciwiającym się zaostrzeniu przepisów aborcyjnych wiele już napisano. Nurt ten połączył zarówno zwolenników liberalizacji obecnej ustawy, jak i tych, którzy uważają, że należy utrzymać tzw. „kompromis aborcyjny. Warto jednak zastanowić się dlaczego cała sprawa przybrała taki, a nie inny obrót?

Jak to się stało, że mleko się rozlało? W kwestii oceny sytuacji, jak i jej politycznych skutków, ścierają się dwa przeciwstawne poglądy. Z jednej strony, można spotkać się z opinią, że Prawo i Sprawiedliwość celowo wywołało wilka z lasu, podnosząc temat aborcji.  Zwolennicy tej teorii wskazują, że aborcja jest od lat sprawdzonym sposobem na podniesienie temperatury społecznej, jako temat budzący skrajne wręcz emocje. W ten sposób obóz rządzący miał odwrócić uwagę od swoich innych flagowych pomysłów, takich jak budowa mini armii ministra Macierewicza, o podniosłej nazwie Wojska Obrony Terytorialnej. Wywołanie kłótni aborcyjnej pozwala też spokojnie zajmować się procedowaniem umów CETA i TTIP, które również budzą ogromne emocje. W końcu aborcja pozwala odwrócić uwagę od realnych problemów wizerunkowych rządu, takich jak skok na spółki skarbu państwa, spowalniający wzrost gospodarczy, czy pogarszająca się pozycja Polski w Unii Europejskiej. Zwolennicy tej teorii wskazują, że temat niedługo przycichnie, zaś obóz rządzący nie poniesie długotrwałych strat politycznych.

Równie popularny, a nawet przeważający, pogląd na działania partii rządzącej mówi, że działanie PiS nie było celowe, lecz wynikało ze złego zdiagnozowania sytuacji społecznej w naszym kraju. W tym scenariuszu Dobra Zmiana po prostu zlekceważyła sprawę, stwierdzając, że skoro marsze KOD są coraz mniej liczne, a temat Trybunału i łamania praworządności w Polsce wypala się, to i w tym przypadku scenariusz będzie podobny. PiS zapewne liczył na to, że będzie jak w starym polskim przysłowiu: „Psy szczekają, karawana jedzie dalej”. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że stratedzy Prawa i Sprawiedliwości mocno się w tej kwestii przeliczyli, zaś skala protestów, zarówno w Internecie, jak i w realu, przerosła najśmielsze oczekiwania. W tym ujęciu Prawo i Sprawiedliwość doznało poważnego i długotrwałego uszczerbku, który prawdopodobnie przełoży się na trwały spadek notowań partii rządzącej.

Zwolennicy obu koncepcji ścierają się w Internecie, zażarcie dyskutując i próbując przekonać drugą stronę do swoich racji. Moim zdaniem ścierają się niepotrzebnie, dlatego że oba punkty widzenia nie tylko się nie wykluczają, lecz wręcz stanowią dla siebie logiczne uzupełnienie. W mojej ocenie PiS celowo wywołał aborcyjną burzę, próbując odwrócić uwagę od innych problemów. Jednocześnie obóz rządzący źle zdiagnozował nastroje społeczne i przysłowiowa bomba wybuchła mu w rękach.

Prawo i Sprawiedliwość zasłania się tym, że projekt ustawy, zaostrzający przepisy aborcyjne, był projektem obywatelskim, a nie rządowym, ale tego nikt w Polsce nie kupuje. Nie po tym jak przez wiele lat PiS urządził sobie z aborcji broń, idąc często ramię w ramię z tzw. organizacjami Pro Life.

PiS poniósł sromotną klęskę wizerunkową i znalazł się w trudnej sytuacji politycznej. Dziesiątki tysięcy osób protestujących w ramach Czarnego Poniedziałku nie są przecież wyborcami tej partii i nawet po wycofaniu się przez nią z popierania projektu, zaostrzającego prawo aborcyjne, nie zaczną na nią głosować.  Z kolei środowiska ultrakonserwatywne, tzw. Pro Life, czują się przez PiS oszukane, o czym nie omieszkały głośno pożalić się mediom.

Może zatem dojść do sytuacji, w której ci którzy protestowali i tak na PiS nie zagłosują, a ci przeciwko którym protestowano, też już nie. Jeżeli spełni się taki scenariusz, to elektorat dobrej zmiany będzie się kurczył. Wtedy rząd Beaty Szydło będzie musiał sięgnąć po nowe programy socjalne, próbując przekupić społeczeństwo jego własnymi pieniędzmi. Jeśli i to nie pomoże, to Dobra Zmiana może faktycznie zostać zaorana.

fot. www.rmf24.pl

12369